Zwariowane Dzieciaki 10.2013

 Napisałem na grupie, że żurawie się gromadzą w Ujściu Warty, kolejny weekend spędzam na ich obserwacjach i zamierzam to robić do ich odlotu do południowo-zachodniej Europy, Egiptu czy Sudanu. A co z Dzieciakami? Jak będziesz dłużej zwlekać to tyłki nam odmarzną- odpowiedział na mój tekst Kamil Mańkowski . W sumie racja, do tego moi koledzy z Para Jura Team, podgrzali temat: Walter lećmy do Gienka, tam jest naprawdę fajnie, zobaczysz.  I zaczęły się przygotowania. Kierowca do busa, trasa. Ogłoszenia na gupie.  Najpierw zgłosił się na kierowcę Krzysiu któremu się tuż przed wyjazdem przypomniało, że ma dziecko którym trzeba się zająć.  Na szczęście Paweł Wilk, pamiętacie, mój kursant, leszcz który w drugim locie termicznym w Słowenii poleciał do Gemony i spowrotem przez Bovec zgłosił się na ochotnika i kierowcę mieliśmy załatwionego.
Dzieciaki mają taką specyfikę, że nigdy nie wiadomo kiedy będę i nigdy nie wiadomo ilu weźmie udział. Z sygnałów na grupie wynikało, że chciałoby z 12. Plan był taki, żeby w sobotę polecieć z podkrakowskich Grabi do nijakiego Gienka, u niego spać, a rano w niedzielę, ruszyć do Rudnik koło Częstochowy zwiedzając po drodze Jurajskie zamki.
Na grupie, dobrzy ludzie zaczęli podrzucać linki ze złymi prognozami pogodowymi, chwiać sensem naszego spotkania. A przecież Zwariowane Dzieciaki to przede wszystkim czas kiedy spotykają się ludzie, kochający to samo. Nie jest ważne, czy polatamy  10 h., czy tylko posiedzimy przy ognisku opowiadając o swoich lotniczych przygodach. To była już 9 edycja. Na pierwszej lecieliśmy 40 km. Dwa lata temu polecieliśmy z Rokitna niedaleko Zawiercia, przed Biskupice koło Cz-wy, pod Poznań. Prawie 300 km. Rok temu ze Szczercowa, przez Pińczów  do mojego domu. 280 km. A w miniony weekend?
Zapakowanym po brzegi Sprinterem z przyczepą zajechaliśmy do Grabi. Jeszcze po drodze, dostaję SMS-a od Rafiego, że sorry, ale mnie nie będzie bo prognozy są nie ok. Trudno, co zrobić. Na miejscu jest już kilkanaście osób. Trochę jestem w szoku, że mimo tych nienajlepszych prognoz, jednak ludzie przyjechali. Nie jest źle. Są piloci z Krakowa, Warszawy, Lublina, Zabrza i skąd tam jeszcze.
Postaliśmy pogadaliśmy, ale wichur nie ustaje. Po naradzie wojennej ustalamy, że ruszamy samochodami w stronę noclegu, a jeśli warun pozwoli to wystartujemy po drodze. Gościnni Krakowianie, namawiają żeby zostać, że u Gienka też wieje i jeśli gdziekolwiek się uspokoi to w Grabiach najpierw  Ale nie dajemy wiary tym zapewnieniom, jeszcze tylko pokłon drzewu które przytuliło Rafiego i w drogę. Zrobił nam się niezły konwój. W podróży tęsknie patrzymy na wyginające się do ziemi drzewa. Ale w okolicach Miechowa zaczyna słabnąć. Nagle: O! jaka fajna, łąka! O chyba nie wieje! W ekspresowym tempie  rozpakowujemy sprzęt  przy wiejskiej drodze, na eleganckiej łączce, pozwalającej wystartować nawet trajkom. 

Hurra, udało, się udało! Fikamy w powietrzu koziołki oczekując na resztę. Wszyscy się śpieszą, tylko Czapkers, doświadczony pilot termiczny nie wyczuwa, że liczą się sekundy. Trwa odliczanie do odlotu w stronę mety, a on sobie foci.
Jest coś takiego w tym zbiorowym lataniu co niesamowicie łączy. Wiem,  że to brzmi niedorzecznie, ale lecąc w takiej zgrai, zbieraninie z całej Polski, czuję się jak w stadzie mustangów.  Zbierają się bez zapowiedzi, bez ostrzeżenia i galopują nad polami, łąkami, między zagajnikami.  Czuje się w tym jakąś nieokreśloną jedność. A po lądowaniu wszyscy się śmieją, gadają wymieniają wrażenia.
Dolatujemy do Gienka. Część ląduje, część się w powietrzu wygłupia
Ja w euforii ląduję na dachu orzącego ziemię ciągnika. Chwilę z nim jadę, po czym odlatuję, wyję z radości, po czym robię nawrót, żeby przybić piątala z traktorzystą i… on nie myśli tak jak ja. Człowiek który szedł za traktorem obserwując jakość orki, biegnie w moją stronę rzucając kamieniami. Czizas, ale narobiłem. Miało być fajnie, a jest zadyma.  Odlatują na kilka minut, żeby uspokoić emocje, po czym ląduję nieopodal, chcąc wyjaśnić sytuację. Są ..urwy, machanie rękami, ebane mieszczuchy etc.  Przepraszam uprzejmie, wyrażam szacunek dla ich ciężkiej pracy i dla ciągnika, przychodzę z flaszką i jest już dobrze, bardzo dobrze. No i na przyszłość nauka.
Gienek to historia krakowskiego latania. Entuzjasta, wizjoner, pasjonat.  Ekscentryk. Mieliśmy do dyspozycji  spanie na sianie, pokój gościnny, miejsce pod namioty i samochody, hangar na sprzęt i  idealne startowisko. Siedziba Gienka to miejsce które wzbudza mój nieopisany zachwyt. Szczegóły ozdobne i użytkowe tworzą tu taki nastrój, że wiesz że na pewno jesteś w miejscu wyjątkowym, innym niż wszystkie. Wystarczy tylko wspomnieć warsztat z drewnianym imadłem, czy kupę tranzystorków, potencjometrów i innych elektronicznych części połączonych kabelkami,  które po przekręceniu gałki w prawo zaczynają nadawać wiadomości.
 Oszałamiający jest również zbiór trajek i napędów konstrukcji własnej Gienka.  Czegoś takiego nie widziałem nigdy. Jest amortyzowana trajka z tylną golenią ze snowboardu i wzdłużną z nart. Jest mały napędzik ze śmigłem jak dla dzieci. Wygląda to tak jak wystawa zaczarowanych instalacji jakiegoś surrealistycznego twórcy. A  twórca podchodzi, bierze którykolwiek z eksponatów odpala i… leci.
W między czasie dostaję telefon: Walterix, to ja Czapkers. Zgubiłem się. Nie wbiłem koordynat w GPS i mi uciekliście. Wylądowałem w jakichś Biskupicach. Piję herbatę pod numerem 14. Przyjedź.  Oświadczam tu uroczyście: Czapkers się nie zgubił, on specjalnie pozwolił nam polecieć i nie wbił koordynat, żeby móc  nie wiedzieć dokąd leci i wylądować gdzie rzuci go los.
O imprezie przy ognisku nie ma co opowiadać, tu trzeba być.

 

A po imprezie?
Noc, cóż, przez dziury w dachu widać gwiazdy, po środku stoją napędy, a w sąsiekach, na sianie i słomie śpi kilkunastu chłopa. Wszyscy śnią o jutrzejszym lataniu, chociaż przez dziury w deskach gwiżdże do nas wiatr.


6.30 drrrrrryyyy budzik,  przypomina po co tu jesteśmy. Nasłuchujemy….. cisza.   Nie wieje. Zaczynają się ruchy startowe. Siku, szybkie śniadanie, tankowanie. Rozwidnia się i naszym oczom ukazuje się niski pułap chmur. Bardzo niski. Widoczność w poziomie ok kilometra. Startuje Paweł, Krystian i Robert, po krótkim locie lądują i mówią, że widoczność jest słaba. Komuś tam w okolicach Pilicy spadły krople z oroszonego drzewa na szybę samochodu i uznał, że deszcz pada.  Misiek podchwytuje i zaczyna siać defetyzm.  Startuję. No przecież nie musimy latać wysoko.  Latam kilka minut, wszystko jest ok, 5 km od startu nadal nie pada. Ogłaszam, że za 20 minut odlatuję na trasę. Startują kolejne paralotnie.  Jest z nami Michał, który podczas Dzieciaków miał zaliczać przeloty do kursu PPG. Niestety ze względu na zbyt trudne warunki dla początkujących nie poleciał wczoraj i ma zakaz lotu na dziś.  Tomek pyta czy może lecieć. Odpowiadam, że każdy pilot podejmuje decyzję sam. Po trzecim zapytaniu, uznaję, że skoro sam nie potrafi ocenić warunków to nie powinien startować i go o tym informuję. Odpuszcza z ulgą w głosie.
 Po jakiś czasie Krystian melduje, że nad chmurami jest czyste niebo i świeci słoneczko.  Nisko zaliczam pierwszy punt zwrotny i gaz do dechy!  Nad chmurami inna bajka.  Po horyzont biała pierzynka i porozrzucane nad nią skrzydła.  Przodem leci Krystian, potem Paweł  i Przemek, z boku ja. Za chwilę dogania mnie Misiek. Niesamowity krajobraz wzbudza euforię.

 

Drzemy się do siebie przez radio, że jest czad i jest moc i że mustangi.
Pod spodem z prędkością światła, przelatują na swoich wyścigówkach  Kamil, z Piotrkiem i Andrzejem. Ślicznie wyglądają kolorowe, oświetlone glajty na tle białych chmur. Rajdujemy w chmurowych tunelach, trafiamy w dziury, zestrzeliwujemy pojedyncze kłaczki. 50 km nad chmurami, daje dużo czasu, żeby się nasycić tą niesamowitą sytuacją. Gps pokazuje delikatny wiatr w plecy z boku i 55 km/h  na budziku. Mapy w GPS pokazują gdzie lasy i zwarta zabudowa.
15 km przed Rudnikami znajduję dziurę w chmurach i daję nura.  Pod spodem trochę mniej bajkowo ale też fajnie.  Dolatuję na lotnisko gdy Krystian jest już po śniadaniu, a reszta chłopaków też już po lądowaniu. Za mną dolatują jeszcze Tomek i Paweł. Po jakimś czasie Melduje się Marcin Bernat z kolegą. W sumie doleciało nas do Rudnik  13 paralotniarzy i Czarek który startował od Gienka na swoim KTM-ie zaliczając po ziemi wszystkie punkty zwrotne.  Doleciał też Robert, który całą trasę pokonał lecąc pod chmurami.


Dziękuję serdecznie wszystkim Zwariowanym Dzieciakom i zapraszam na kolejne edycje. Może jeszcze w tym roku.


Walter Wojciechowski

 Więcej zdjęć znajdziecie klikając ten napis.