Zwariowane Dzieciaki 09.2012

Ahoj Zwariowane Dzieciaki!

  Nie wiem jak to się dzieje, ale to już 7 raz jak spotykamy się na lataniu w tej formie. Nie ma żadnych składek, wpisowego, listy obecności e.t.c. Lata z nami kto chce, jak chce i czym chce. Serdecznie zapraszam wszystkich, którzy mają ochotę troszkę sobie polatać, a przy okazji poznać nowe miejsca i nowych ludzi.

 W najbliższą sobotę t.j. 15.09 przy wietrze S, N lub E i odchyłki spotykamy się o godzinie 14.00 w okolicach miejscowości Szpinalów niedaleko Kamieńska 51°13'22.39"N 19°27'33.71"E i lecimy do wsi Marcelin 51°16'23.70"N 19° 2'45.11"E

  Przy wietrze W spotykamy się o 14 w Marcelinie i lecimy odwrotną trasą do Szpinalowa. Na lądowisku spotykamy się ze zwózką, rozbijamy namioty, robimy ognicho, bajerzymy o napędach, glajtach, przygodach miłosnych etc. Rankiem w niedzielę 16.09 o 7.00 lecimy z wiatrem i lądujemy gdzie nas los rzuci. Najprawdopodobniej po 2-3 godzinach lotu.

  Ważne: postarajcie się mieć własny transport, ponieważ nie jestem w stanie zapewnić wszystkim wygodnej zwózki. Dla zwózkowych weźmiemy tandem i jeśli czas pozwoli to spróbujemy ich przewieźć. Ale na to daję 5% gwarancji. Kto absolutnie potrzebuje zwózki przyjeżdża do mnie do domu i rusza moim busem na miejsce startu. Kiełbasa, musztarda i inne dodatki do ogniska. Nie zapomnijcie. Airaction dba o ogień.

 

I po lataniu...

  Mieszane mieliśmy uczucia patrząc w sobotnie niebo. Przewalające się nad głowami czarne chmury, z których co jakiś czas spadały pojedyncze krople deszczu i wiatr wyginający do ziemi drzewa przed domem jakoś tak zniechęcają. Na mojej skrzynce pojawiają się kolejne rezygnacje, a to, że za daleko, a to, że wesele, a to że żona w ciąży. Skład się wykrusza.

  Ale jedziemy. Ja i kumple z podwórka: Krystian, Paweł i Misiek jako kierowca. Najwyżej posiedzimy przy ognisku, prześpimy się w namiotach i rano wrócimy do domu. Na miejscu szok. Dojechali koledzy ze Śląska, z Łodzi, lokalesi z okolic Szczercowa, Kamil i Andrzej z Zośką. Po szybkim rozstawieniu namiotów i wybraniu miejsca na ogień ( uwaga torf!) grzejemy silniki. Nie wszystkim się pali do latania bo łeb urywa, i czasem kropi. Pierwsi startują Kamil Mańkowski i Andrzej Malkusz. Fikają koziołki na Nukleonach zachęcając co raz to nowych śmiałków. Wieje silnie, ale stabilnie, więc latamy w koło namiotów do ciemnej nocy. W tym czasie Misiek rozpala ognisko, strugają się patyki na kiełbasy, posykują browce. Siedzimy i gadamy o wyższości Bożego Narodzenia nad Wilekanocą. O technikach sterowania, startu, mieszankach... O 6.00 pobudka. Start w pochmurne niebo o 8.00.

  Na szczęście nic nie wieje i nie pada. Na początek odwiedzamy hałdę w Szczercowie i latamy pomiędzy koparkami.

 Po kilku szusach nad różnokolorowymi kopcami, znikamy w kopalni szczercowskiej. Trochę mgliście i wrażenia estetyczne są średnie. Kolejny etap to ogromna dziura w ziemi niedaleko Bełchatowa. Jaka by nie była pogoda to dziura w ziemi widoczna z kosmosu robi wielkie wrażenie. Wielkie koparki, ogromna przestrzeń i różnorodne kolory wykopanych zwałów ziemi. Mimo że industrial to jednak ładnie. Kilka fotek i lecimy dalej. Z Kamilem i Andrzejem Malkuszem latamy jak skutery z wojen gwiezdnych.

  Tuż nad ziemią, między drzewami, domami, pod drutami. Fajne jest to, że mamy na to cały dzień i niewiadomo ile kilometrów. Po jakimś czasie trafiamy na wielgaśny las. Jest tak rozległy, że zastanawiamy się z której strony łatwiej będzie go oblecieć. Kamil Mańkowski leci pierwszy i wybiera drogę na skróty. Trochę nam cierpnie skóra na plecach, ale lecimy. Za lasem Kamil wybiera miejsce do lądowania i przyziemia. Cała reszta też ma ochotę na odpoczynek i po chwili cała eskadra jest na przygodnej łączce. Okazuje się, że Kamil to prawdziwy Zwariowany Dzieciak. Las przeleciał na oparach paliwa :)

  Czas śniadania spędzamy na pogaduszkach z miejscowymi, jemy zabrane w powietrze śniadania. Po chwili dojeżdża Misiek i przywozi paliwo. Na razie przelecieliśmy 80 km. Część z nas musi już wracać do domu, część ma dosyć, ale kilku podąża dalej. Wiatr będzie nam pomagał gdy polecimy w kierunku Pińczowa. Dlaczego nie? W końcu to ważny punkt na paralotniowej mapie Polski. Jest tu uskok tektoniczny, na którym nie raz lataliśmy, i lotnisko na którym działała szkoła Aerokrak. No i spędziłem tu dwa tygodnie na kursie instruktorskim :)

  Ten etap podróży robi nam się ciekawszy. Najpierw gdy wlatuję nad rzekę Pilicę, z krzaków wyskakuje wielki jeleń, i korytem rzeki, po płytkiej wodzie galopuje dosłownie 15 metrów przede mną, rozpryskując wodę na boki. Obraz jak z National Geographic. Słońce rozgania poranne zamglenie i robi się na prawdę ładnie. Ale i przy okazji nieco termiczne. Świętokrzyskie wita nas jakimiś kamieniołomami i mocno pofałdowanym terenem. Do lotniska dolatujemy w towarzystwie śmigłowca LPR, który przyleciał tutaj po ofiarę wypadku. W hangarze mechanik naprawia wyciągarkę paralotniową, do startu szykuje się motolotnia, a w sali wykładowej reklamy Trola. Coś się dzieje, Pińczów nadal żyje. Jest 14.00, trochę zgłodnieliśmy, więc zostawiamy sprzęt w hangarze i idziemy na rynek coś przekąsić. Przy obiedzie rozważamy co dalej: za nami 180 km, ale do wieczora jeszcze kawał czasu.

  Część chłopaków już ma dosyć, do samochodów zostawionych w okolicach Szczercowa mamy z 200 km. Szybko liczymy i wychodzi na to, że nie polecimy na Ukrainę ( taki pomysł świtał nam w głowach :). Na szczęście jest z nami driver Misiek, który wróci z kolegami po fury. Dla Częstochowiaków jest to 200 + 100 km do domu. Rachunek jest prosty: zamiast tłuc się busem jeszcze przez co najmniej 4, 5 godzin spróbujemy polecieć jeszcze jeden etap- na zachód. Czasu zostało idealnie tyle ile potrzeba aby dolecieć przed zmrokiem do domu. Czy starczy benzyny zobaczymy. Mamy do pokonania 105 km i e mnie, Krystiana i Pawła nic nie zmusza do tej podróży, nie mamy ochoty tłuc się busem przez pół Polski więc postanawiamy wrócić do domu powietrzem. Jest super, żadnych turbulencji, żadnych drutów, w jednym miejscu obszerny komin w którym można zaoszczędzić troszkę benzynki. Dolatujemy do domu już po znanych ulubionych miejscach i lądujemy dosłownie 20 m. obok mojego domu. Pijemy herbatę, gadamy... To były najbardziej udane dzieciaki :)